Jeśli chodzi o gry paragrafowe, to wcześniej nie miałem do czynienia z pozycjami opartymi wyłącznie o zagadki. Można więc powiedzieć, że jestem w tym temacie laikiem. Postanowiłem jednak spróbować zmierzyć się z „Dziennikiem 29”.

Interaktywna gra książkowa opowiada o poszukiwaniach grupy badawczej, szukającej pozostałości obcej cywilizacji, która nagle zniknęła w 29 tygodniu swoich badań. Jedyne, co po nich pozostało, to dziennik, który może pomóc w rozwikłaniu tej sprawy. Z pozoru nie jest to może szczyt możliwości stosowanych w grach paragrafowych, aczkolwiek historia nie oferuje sobą wiele więcej. Nie ma prawie żadnego rozwinięcia i zakończenia. Za to praktycznie 95% całości zajmują zagadki i one stanowią zarówno o sile tej książki, jak i o jej słabościach.

Właściwie gra to jedna wielka zagadka, rozbita na kilkadziesiąt części. Rozbita, ponieważ do rozwiązania większości będzie potrzeba konkretnych kluczy (będących słowami – coś na zasadzie haseł), które zdobywa się, rozwiązując łamigłówkę. Ale jak to właściwie działa? Zagadka jest przedstawiona na 1 kartce: jej połowa to kod QR i odnośnik do strony, gdzie można rozwiązać zagadkę, druga zaś to ta sama łamigłówka, przedstawiona w czarno-białej oprawie i czasami okraszona miejscami na wpisanie kluczy z konkretnych, poprzednich (rozwiązanych już wcześniej) układanek. Po dostaniu się na stronę internetową (poprzez smartfon lub po prostu komputer), wystarczy wpisać, jak brzmi naszym zdaniem rozwiązanie danej sprawy, i jeśli jest ono prawidłowe, uzyskujemy klucz. Możemy również skorzystać z dostępnej podpowiedzi, aby ułatwić sobie zadanie. Tak naprawdę mechanika gry jest bardzo intuicyjna, co jest dużym plusem.

Jednak same zagadki są już bardzo… różne. Na pewno samodzielne rozwiązanie każdej z nich daje wielką satysfakcję. Mimo wszystko, same w sobie mają pewien klimat. Ich surowa kolorystyka i napisy, stylizowane na ręczne notatki, pomagają wczuć się w rolę detektywa, ale potrzeba do tego sporej wyobraźni. Dodatkowo pojawia się również parę łamigłówek specjalnych, które moim zdaniem podwyższają poziom całej gry (grając będziecie wiedzieć, o co mi chodzi). Wracając do zagadek, to są one różnorodne i do samego końca nie ma miejsca na nudę. Aczkolwiek tak w połowie, człowiek zaczyna łapać schemat myślenia i szybciej znajduje rozwiązanie kolejnych spraw. I to by było tyle, jeśli chodzi o plusy.

Minusów, niestety, ma ta pozycja moim zdaniem trochę za dużo. Chociaż może część z nich to po prostu zarzuty o zbyt dużą „hardkorowość” tego tytułu. Rozumiem, że zagadki nie mogą być zbyt proste, aby nie ukończyć gry w jeden wieczór, jednak nie są one zupełnie ułożone pod względem poziomu trudności. Przykładowo przedostatnia łamigłówka, posiadająca klucze, jest niezwykle prosta, ale np. zagadka 4 jest nieintuicyjna i spokojnie można by je zamienić miejscami. Osobiście zniechęciło mnie to tak bardzo, że po upływie około tygodnia po prostu odłożyłem „Dziennik 29” na półkę. Co może irytować, to również rozwiązania niektórych zagadek. Nie tyle nie zgadzam się z częścią z nich, ale była przynajmniej jedna łamigłówka, której nie rozwiązałem z powodu niezgadzającego się klucza, uzyskanego z poprzedniej strony. Może to był jakiś błąd tłumaczenia, ale jest to karygodny błąd, odbierający wiele tego typu grom. Niestety, to nie koniec wad: rozgrywka wymaga do popchnięcia fabuły dostępu do Internetu i urządzenia elektronicznego. A to przeczy idei gier paragrafowych, które mają pozwolić odpocząć od elektroniki. No i jeszcze jeden zarzut – gra sugeruje, by w niektórych miejscach niszczyć książkę, np. zaginając jej rogi, czego akurat bardzo nie lubię.

Z charakteru rozgrywki „Dziennik 29” jest grą na jedno przejście. Co prawda nie trzeba rozwiązywać wszystkich zagadek po kolei, aczkolwiek po pominięciu paru, szybko jesteśmy zmuszeni do nich wrócić, ponieważ kolejna łamigłówka jest zbudowana na podstawie kilku kluczy z poprzednich stron dziennika. Co sugerowałbym autorom zmienić w następnych, tego typu produkcjach? Na pewno by zaimplementowali więcej podpowiedzi, ponieważ jedna często nie naprowadzała na żaden trop. Zadbałbym też o dodanie większej liczby klimatycznych zagadek, które podnoszą immersję gry (skoro ma ona szczątkową fabułę). Dla „wyjadaczy” tego typu produkcji „Dziennik 29” będzie jak spacer w niedzielne popołudnie, ale dla osób niedoświadczonych w tego typu zabawie, nie obędzie się bez irytacji i zajrzenia do odpowiedzi bez jej rozwiązania. Mimo negatywnego wydźwięku tej recenzji, niech o obronie „Dziennika” świadczy fakt, iż zaraz zabiorę się do kolejnej części tej serii.