Twoje źródło informacji o grach paragrafowych !

Eye of the Dragon

Eye of the Dragon
Autor
  • Fabuła
  • Mechanika
  • Nieliniowość
  • Trudność
  • Autor: Ian Livingstone
    Tytuł oryginału: Eye of the Dragon
    Recenzowane wydanie: Wizard Books, 2010, 978-184831123-7
    Liczba paragrafów/stron: 407

Tym razem sięgnąłem po książkę autorstwa Iana Livingstone’a z serii Fighting Fantasy. Można powiedzieć, że jest to coś zarazem starego, jak i nowego. Historia zawarta w grze w swojej obecnej formie została po raz pierwszy wydana w roku 2005, nakładem wydawnictwa Wizard Books. Jest to zatem całkiem świeży materiał. Zdaję sobie sprawę z tego, ze dziś ta paragrafówka ma już jedenaście lat, mimo wszystko w porównaniu na przykład z „Warlock of the Firetop Mountain”, który ma trzydzieści cztery lata, to jednak młokos. Książka miała swoje ponowne wydanie w roku 2010. Jednak nie to jest najważniejsze. Ciekawostką i zarazem elementem, który świadczy o jej „wiekowości”, jest to, że pierwotnie tekst w skróconej postaci został zawarty w publikacji „Dicing with Dragons: An Introduction to Role-Playing Games”, dokładnie w roku 1982! Posiadał jedynie 164 paragrafy, a to wszystko oparte na zupełnie innej mechanice niż znamy z serii FF. Ja nie narzekam. Nowa odsłona starej historii, ale w dużo obszerniejszej postaci. I chociaż przyzwyczailiśmy się do 400 paragrafów, to tym razem dostajemy ich kilka więcej, dokładnie 407.

Paragrafówka, którą być może niektórzy z was już czytali, to prawdziwa uczta dla fanów labiryntówek. To coś, na co takie osoby jak ja, zawsze patrzą z błyskiem w oku. Przygoda, w której nauka geografii sprowadza się do systemu lewo-prawo. Historia tysiąca i jednej komnat, w labiryncie ukrytym pod powierzchnią ziemi. To niezliczone miejsca, które odwiedzicie. Jest to idealny przykład gry labiryntowej w starym dobrym wydaniu. Można by na podstawie treści tej gry zróżnicować ludzi na tych, którzy wolą interaktywne historie i tych, co dobrze czują się w ciemnych i wąskich korytarzach. Wystarczy, że przemierzając przez kilka godzin ciemne i wilgotne korytarze, pełne niebezpiecznych bestii, trafią w końcu do komnaty, w której siedzi malarz i sprzedaje swoje obrazki… I chociaż w obydwu przypadkach czytelnik będzie zaskoczony, to jednego zdziwi sklepik z pamiątkami w tych głębokich i niebezpiecznych lochach, a drugiego zaskoczy cena obrazka z sową – „Co, kosztuje aż 5 złotych monet?!”. Tak właśnie wygląda najprostszy podział czytelników. Nie ukrywam, że zaskoczony byłem ceną, ale jednak kupiłem ten obrazek. Nie pytajcie dlaczego.

Wiemy już, że podczas naszej przygody może wydarzyć się wszystko i trafić możemy w najdziwniejsze miejsca. Nie jest to jednak żaden przytyk, jednak należy podchodzić do wszystkiego z przymrużeniem oka, a wtedy nie zepsujemy sobie zabawy. Nasza wędrówka zaczyna się, jak pewnie większość, w tawernie. Siedzimy i nudzimy się, czekając na jakieś ciekawe informacje o nowych skarbach, na poszukiwanie których moglibyśmy wyruszyć. Dostrzegamy w lokalu pewnego człowieka i postanawiamy się przysiąść, postawić mu piwo i dowiedzieć się czegoś interesującego. Okazuje się to strzałem w dziesiątkę i już po chwili wiemy o skarbie, jakim jest metrowy posąg smoka ze złota. Nie chodzi jednak wcale o to, by go znaleźć, bo o tym, gdzie on jest, informuje nas rozmówca. Chodzi o to, że statua jest przeklęta i można jej dotknąć jedynie wtedy, gdy posiada dwa szmaragdy w miejscach smoczych oczu. I tu jest problem. Oczy zostały skradzione i najpierw należy je odnaleźć. Zawieramy dość ciekawy układ z wędrowcem. Zdradza on nam miejsce przechowywaniu posągu w zamian za to, że gdy uda nam się odnaleźć szmaragdy, to przyniesiemy posąg i podzielimy się z nim łupem. Żeby mieć pewność, że wrócimy, daje nam do wypicia truciznę, która zabije nas w ciągu dwóch tygodni. Jak powrócimy, poda nam odtrutkę. Bez namysły przystajemy na propozycję i kilka godzin później wyruszamy. O świcie dostajemy od tajemniczego przyjaciela jeden ze szmaragdów. Do nas należy odnalezienie drugiego.

Podczas drogi do labiryntu zastanawiamy się czy dostaniemy odtrutkę, jeżeli wrócimy nie odnalazłszy posągu. Jednakże w tym momencie takie rozmyślania nie mają już sensu. Przemierzamy krainę, którą niektórzy z was może już znają z innych książek. W oddali zobaczymy sławną Firetop Mountain, a do labiryntu dotrzemy, przechodząc przez Darkwood Forest, znany z książki „Forest of Doom”. Przygotujcie się na robienie mapy w samym labiryncie. Przynajmniej, jeżeli chcecie w miarę sprawnie ukończyć rozgrywkę. Inaczej będziecie dużo błądzić. Tutaj ciekawostka ‒ niektórzy z was pewnie znajdą po drodze mapę, nie oczekujcie jednak od niej za wiele. Zaraz po znalezieniu pakujecie ją do plecaka i ruszacie dalej, wciąż operując systemem lewo-prawo.

Gra na pewno zadowoli wszystkich ciekawskich. Ja pierwszego dnia przyjąłem strategię, którą nazwałem „dzień otwartych drzwi”. Po prostu otwierałem każde drzwi, jakie napotkałem i tylko byłem w stanie otworzyć. Nie spodziewałem się, ale ogromna większość z nich rzeczywiście nie była pozamykana, co raczej nie jest normą przy labiryntówkach. Wchodzenie do każdego pomieszczenia kosztowało mnie trochę zdrowia. Za to znalazłem bardzo dużo… ciekawych przedmiotów. Na przykład stalową kulkę, która sama się nagrzewa lub haczyki na ryby. Zabierałem co mogłem i gdy tylko mogłem. W końcu nigdy nie wiadomo, co może się przydać.

W grze pojawia się też bardzo miłe zaskoczenie. Podczas wędrówki spotykamy krasnoluda o imieniu Littlebig. Jak się później okazuje, jest on bratankiem znanego nam z książki „Forest of Doom”, krasnoluda Biglega. Napomknięcie o tym co prawda pojawia się w nie najlepszym momencie i nie za bardzo cokolwiek wnosi, ale jednak. Ja, gdy to czytałem, uśmiechnąłem się do siebie i poczułem się naprawdę miło. Napotkana postać kilka razy bardzo nam pomoże, zarówno w walce, jak i dzięki swojej spostrzegawczości. Dzięki krasnoludowi uda nam się uniknąć niektórych pułapek. Co do jego spostrzegawczości, to muszę przyznać, że był jeden naprawdę śmieszny fragment. Otóż idziemy korytarzem i dochodzimy do miejsca, gdzie stoi beczka. W tym momencie krasnolud mówi coś w stylu: „Hmm, bardzo dziwne miejsce jak na trzymanie beczki, nie sądzisz?”. Muszę przyznać, że nawet ja się uśmiałem i miałem ochotę dopisać sobie w książce dodatkową opcję z moją wypowiedzią w stylu: „Stary, przed chwilą w głębokich podziemiach widzieliśmy mały sklepik z obrazami. W ścianę wetknięta była stara skarpeta. Znalazłem kulkę, która sama się nagrzewa. Był też usypiający tron, a ciebie dziwi beczka w korytarzu?”. Krasnoludy są naprawdę dziwne.

Cóż, nie będę wam opisywał całej historii i tego, jak się kończy. Z całą pewnością książkę polecam. Czytanie zajmie wam przynajmniej dwie godziny, no chyba, że wcześniej zawita po was sama śmierć. Fabularnie nie jest to może zawrotna historia, ale labirynt i to, co się w nim znajduje, dostarczy wam nie lada rozrywki. Potwory, jakie będziecie spotykać, nie należą do najtrudniejszych. Jeżeli będziecie ciekawscy, to na pewno znajdziecie bardzo dużo magicznych przedmiotów, które pomogą wam w różnych sytuacjach. Czy udało się zdobyć odtrutkę? O tym musicie przekonać się sami. I chociaż na samym początku była presja, że mamy tylko dwa tygodnie, to jednak podczas gry nikt czasu nam nie odmierzał. Czasami jedynie pojawiała się ogólna informacja, że „szkoda czasu”. Myślę jednak, że po paru paragrafach tekstu, sami zechcecie przeć naprzód… Chciałem powiedzieć, przeć w lewo lub przeć w prawo.